Usiądź ze mną przy stole pachnącym lasami.
Jasną świecę zapalę. Mary czmychną w kąt.
Często tak siedzieliśmy. Pamiętasz? Czasami
Czuję, jakbyś w ogóle nie odeszła stąd.
Złoty miód w dwa drewniane nalewam kielichy.
Wypij ze mną, jak wtedy, za pomyślność dni!
Tyś cudowna, zmęczona. Ja - smutny i lichy.
Kto mi Ciebie odebrał? Kto zamglił mi sny?
Jakie piękne masz oczy... W nich się przeglądałem!
Pamiętałem ten słońca w Twoich oczach blask!
Gdzieś odeszłaś. Ja także wspomnieniem się stałem.
Usiądź ze mną. Już nie ma - ni Ciebie, ni nas...
Greenhithe, 17 maja 2012 r.
Atma
Ty, bezimienna i głucha, nigdy nie nazwana,
Oblana złotem przedświtu wśród ostępów mroku,
Smolista taflo jeziora, trwająca w milczeniu,
Spójrz jak ja w Ciebie spoglądam, jak umieram wokół!
Zobacz, jak życie zszargane wieszam na gałęziach,
Sterczących ze sztywnych sosen, zastygłych w bezruchu,
Jak krwią swą znaczę kamienie otulone wichrem,
Jak, nie zaznawszy istnienia, przepadam bez słuchu!
I niechaj nigdy, przenigdy, ludzkość się nie dowie,
Kim byłem... albo kim będę, gdy snem się otulę
I w gwiazd zimowych oblicza zaglądnę niemotą,
Żarliwym snów niespełnieniem, potęgą i bólem!
Dziś strach ma imię północy, które ja przywdziewam
Wbrew sobie i zgodnie z sobą, przeciw przemijaniu.
W cztery kierunki Wszechświata bezwiednie wędruję,
Łowiąc pajęcze chwil mary w ziemskim bytowaniu.
Milczących wód czarna grozo, słońcem podsycana,
Żywicznej pieśni bożyszcze, zamarłe w świętości,
Spójrz jak umieram, jak płonę, jak wnikam w dywany
Tych jagód, co dziś wyrosły na grobie miłości.
Greenhithe, 10 maja 2012 r.
Oblana złotem przedświtu wśród ostępów mroku,
Smolista taflo jeziora, trwająca w milczeniu,
Spójrz jak ja w Ciebie spoglądam, jak umieram wokół!
Zobacz, jak życie zszargane wieszam na gałęziach,
Sterczących ze sztywnych sosen, zastygłych w bezruchu,
Jak krwią swą znaczę kamienie otulone wichrem,
Jak, nie zaznawszy istnienia, przepadam bez słuchu!
I niechaj nigdy, przenigdy, ludzkość się nie dowie,
Kim byłem... albo kim będę, gdy snem się otulę
I w gwiazd zimowych oblicza zaglądnę niemotą,
Żarliwym snów niespełnieniem, potęgą i bólem!
Dziś strach ma imię północy, które ja przywdziewam
Wbrew sobie i zgodnie z sobą, przeciw przemijaniu.
W cztery kierunki Wszechświata bezwiednie wędruję,
Łowiąc pajęcze chwil mary w ziemskim bytowaniu.
Milczących wód czarna grozo, słońcem podsycana,
Żywicznej pieśni bożyszcze, zamarłe w świętości,
Spójrz jak umieram, jak płonę, jak wnikam w dywany
Tych jagód, co dziś wyrosły na grobie miłości.
Greenhithe, 10 maja 2012 r.
* * *
Już tylko ciemna noc
Dzieli nas od świtu,
Już tylko gęsty mrok
Przesłania nam majestat
Złotowłosej zorzy...
Zagłębiam swe dłonie
W czarnej ziemi
I krwawię...
Nade mną Ty pochylona
Nie pozwalasz mi zamknąć oczu,
Jak gwiezdny łabędź
Otulasz me sny nadzieją
I tak odchodzimy
Wraz ze śpiewem
Milczących łąk...
20 maja 2004 r.
Biesy i Czady
Piękno tej dzikiej krainy na zawsze w Tobie zostanie.
Tutaj przyjechać z daleka możesz jedynie raz.
Potem już tylko powracasz - i to magiczne wracanie
Nadaje sens twemu życiu, stroi je w urok i blask.
Jesień wśród ciszy połonin jest jak wspomnienie miłości -
Tej najprawdziwszej, jedynej - straconej w zamroczu mgły.
Tutaj wędrując przez życie dotrzesz do pięknej starości,
Gdzie istnieć będą jedynie święte te góry - i Ty.
Pradawnych dni głuche echa i krew o pomstę krzycząca
Toną w świetlistych rozblaskach, gdzie biesów tańcuje rój.
Oto powietrzna, przestrzenna kraina boskiego Słońca,
Gdzie czadów śpiew wiekopomny jest wiecznie niczyj, choć Twój.
13 luty 2012 r.
Tutaj przyjechać z daleka możesz jedynie raz.
Potem już tylko powracasz - i to magiczne wracanie
Nadaje sens twemu życiu, stroi je w urok i blask.
Jesień wśród ciszy połonin jest jak wspomnienie miłości -
Tej najprawdziwszej, jedynej - straconej w zamroczu mgły.
Tutaj wędrując przez życie dotrzesz do pięknej starości,
Gdzie istnieć będą jedynie święte te góry - i Ty.
Pradawnych dni głuche echa i krew o pomstę krzycząca
Toną w świetlistych rozblaskach, gdzie biesów tańcuje rój.
Oto powietrzna, przestrzenna kraina boskiego Słońca,
Gdzie czadów śpiew wiekopomny jest wiecznie niczyj, choć Twój.
13 luty 2012 r.
Gromnica
Chatka z drewna, mchu i światła. Dzika noc. Prastary bór.
Wicher wyje, śmierć się niesie. Czarno, chmurno, księżycowo.
Mgielny tuman nawałnicy pędzi od strzelistych gór.
Grzmi i huczy groźnie ziemia. Lasy nucą pieśń gromową.
Ciemny strumień rwie się, mąci, drzew korony idą w tan.
Głuchy dźwięk przeszywa niebo: zstąpił Perun w błyskawicy!
Nyja płynie poprzez światy, zboża gnąc srebrzysty łan.
Przeszłość ginie, czas przemija w zatraceniu czworolicym!
Mszczą się Bogi za niepamięć, za niewiarę setek lat.
W oknie płonie już gromnica, słychać śpieszne wróżb zmawianie.
Tylko wierne dzieci Lechii z bożym światłem pójdą w świat.
Tylko chatka z mchu i mocy oszczędzona pozostanie.
13 luty 2012 r.
Wicher wyje, śmierć się niesie. Czarno, chmurno, księżycowo.
Mgielny tuman nawałnicy pędzi od strzelistych gór.
Grzmi i huczy groźnie ziemia. Lasy nucą pieśń gromową.
Ciemny strumień rwie się, mąci, drzew korony idą w tan.
Głuchy dźwięk przeszywa niebo: zstąpił Perun w błyskawicy!
Nyja płynie poprzez światy, zboża gnąc srebrzysty łan.
Przeszłość ginie, czas przemija w zatraceniu czworolicym!
Mszczą się Bogi za niepamięć, za niewiarę setek lat.
W oknie płonie już gromnica, słychać śpieszne wróżb zmawianie.
Tylko wierne dzieci Lechii z bożym światłem pójdą w świat.
Tylko chatka z mchu i mocy oszczędzona pozostanie.
13 luty 2012 r.
Świątynia Ducha Gór
Jeden raz tylko wystarczy spojrzeć na Złotym Widoku
Na białych mgieł szaty jedwabne kładące się po górach,
By poczuć ten krzyk milczący czasów, które już nie wrócą,
By ogarnąć Karkonosze miłością ich Króla, Rzepióra.
On to, ze swego Królestwa wygnany przez podłych ludzi,
Siedział tu, ostatkiem mocy błogosławiąc tarczę Słońca.
Tu, ostatnie łzy wylawszy, poprzysiągł w śmierć się obudzić.
Albowiem nigdy nie było i nigdy nie będzie końca!
Jego Kościół tu rozkwitnie, gdzie Olbrzymów szare szczyty!
W każdej sosny smutną pieśń On wcieli się duchem wszechmocnym!
Jego światłem błyszczeć będą ametysty, malachity
I zaklęte w złocie Słońce. I Księżyc w szaleństwie nocnym!
Czasem Go można zobaczyć, jak kroczy koźlim kopytem
Po rozpadliskach gór, które tak ukochał w dawnych czasach.
Szumią o Nim górskich wód strumienie, w legendy okryte,
A pamięć haniebnej śmierci wiecznie niesie się po lasach.
13 luty 2012 r.
* * *
Śniłaś mi się dzisiaj. Piękny sen!
Plotłem Twoich włosów złoty len.
W okno nam zaglądał wieczny las.
Dzień w spokoju zorzy z wolna gasł.
Śniłaś mi się! Jeszcze w myślach tkwi
Głos Twój - jak wspomnienie dawnych dni.
Teraz mi pozostał tylko żal.
Znów ten las... i ścieżka w mroczną dal.
Greenhithe, 11 luty 2012 r.
Plotłem Twoich włosów złoty len.
W okno nam zaglądał wieczny las.
Dzień w spokoju zorzy z wolna gasł.
Śniłaś mi się! Jeszcze w myślach tkwi
Głos Twój - jak wspomnienie dawnych dni.
Teraz mi pozostał tylko żal.
Znów ten las... i ścieżka w mroczną dal.
Greenhithe, 11 luty 2012 r.
Jesień w Dolinie Jezierzycy
Smutek się zakradł między olchy i jesiony.
Szarość i zadumanie zaległy w dolinie.
Milczą sylwetki dębów we mgły otulone.
Milczą spokojne wody - dawnych ech świątynie.
Świt dziś nie nadszedł. Półmrok włóczy się po lesie,
Wilgotne krzewy jagód sennie przeczesując,
A z nim w powietrzach zimnych dzika pieśń się niesie,
Tam dokąd tylko wiedźmy-ptaki odlatują
I nikt nie pozna nigdy ani się nie dowie,
Co kryją pozłacane liściaste kurhany.
To uroczysko Wrzosy - pogańskie błędowie,
Miejsce, gdzie czas się zgubił w śnie zaczarowanym.
Leicester, 15 listopada 2006 r.
Płanetnik
Oszołomiony czarnych słońc niebytem,
Krzyczałem z wiatrem nad ciemnym obłokiem,
Wietrząc wszechświaty przede mną ukryte.
Ja - wodny demon, pogromca ażdachów,
Odwieczny władca ponad chmur bezmiarem,
Krzyczałem światłem na wszechświata dachu,
Karmiąc się wody błyskotliwym czarem.
Potem zstąpiłem pomiędzy dąbrowy,
W szarości deszczu rzeźbiąc imię swoje.
Wskrzesiłem zapach rzeźwiącej odnowy,
Skłębionej ponad wiejskich chat spokojem.
Mgłę zawiesiłem pomiędzy polami,
Plotąc w niej nici pochmurnego Boga.
Orałem ziemię wodnymi pługami,
Kładłem kałuże na błotnistych drogach,
A kiedy niebo przeciął sztylet słońca
I zniszczył burzę żarliwym żywiołem,
Czekając w ciszy mego dzieła końca,
W ciepłym powietrzu powoli zniknąłem.
16 lipca 2004 r.
Chochoły
Zaklęte w polnej ciszy, sobą omamione
Stoją, niemą modlitwę do Słońca zmawiając.
Wicher otula chłodem dusze ich uśpione,
A one - nieświadome, ale dumne - trwają.
Twarze ich kurz, pędzący z dzikich pól, omiata,
Niosąc im nieuchronną obietnicę nocy.
Stoją - niczym menhiry z pradawnego świata,
Pławiąc się w mgłach wieczornych, tętniąc wolą mocy!
I nie wie nikt, kto spojrzy przypadkiem w ich stronę
Jaka tam wiara płonie w ich bezistnych trzewiach!
Jedynie Słońce czuje te sny nie wyśnione,
Widzi i błogosławi istnienia zarzewia.
A one w uwielbieniu pradawnym, szamańskim,
Zwracają swoje twarze ku gasnącej zorzy
I nie wie nikt, kto spojrzy na ten krąg pogański,
Jaka tam wola życia z nicości się tworzy!
21 grudnia 2010 r.
Wola Przetrwania
Pruski lesie, ogrzany słońca kołowrotem,
Gdzie Galindów pradawna jeszcze pieśń pobrzmiewa,
Ty, co w barciach brzęczących spływasz miodu złotem,
Tam, gdzie krew wojowników piły ongiś drzewa,
Matko Ziemio, gdzie mowa Prusów jeszcze żywie,
Choć ją ogniem i stalą jak las wycinano -
Dajcie siłę żyjącym trwać na świata niwie,
Dajcie pamięć i spokój milczącym kurhanom!
O wszechwładny Perkunie, chrobry władco gromu!
Ty co roku na wiosnę burzysz się nad polem,
Ty nam wszelki dostatek niesiesz w progi domu,
Błyskawicy srebrzystym pługiem orząc rolę!
Zwól nam w światy zanosić jaćwieskie przesłanie
O pragnieniu przetrwania, trwalszym niźli śmierć!
Choć skazano nas dawno na ludzką niepamięć,
Znów wznosimy ku niebu swoją hardą pięść!
5 lipca 2010 r.
Gdzie Galindów pradawna jeszcze pieśń pobrzmiewa,
Ty, co w barciach brzęczących spływasz miodu złotem,
Tam, gdzie krew wojowników piły ongiś drzewa,
Matko Ziemio, gdzie mowa Prusów jeszcze żywie,
Choć ją ogniem i stalą jak las wycinano -
Dajcie siłę żyjącym trwać na świata niwie,
Dajcie pamięć i spokój milczącym kurhanom!
O wszechwładny Perkunie, chrobry władco gromu!
Ty co roku na wiosnę burzysz się nad polem,
Ty nam wszelki dostatek niesiesz w progi domu,
Błyskawicy srebrzystym pługiem orząc rolę!
Zwól nam w światy zanosić jaćwieskie przesłanie
O pragnieniu przetrwania, trwalszym niźli śmierć!
Choć skazano nas dawno na ludzką niepamięć,
Znów wznosimy ku niebu swoją hardą pięść!
5 lipca 2010 r.
Ostatni Poeta
Płynął wraz z trawami
Gdy już nikt nie pamiętałA wschody i zachody słońca
Były jego domem i ostoją
Płakał deszczem i śmiał się tęczą
Zadumany nad losemKraju lat dziecięcych
I wietrznej młodości
Czuł to co niewyczuwalne
Grzmiąc potęgą tysiąca gromówPijąc nektar świetlistego istnienia
I rozumiejąc śmierć
Potem odszedł nagle
Tak jak przyszedłBez zbędnych pytań
Lecz tęsknota i żal
Rozrywały mu pierś
Razem z nim odeszło wszystko to
Co wartościoweCały świat umarł
Uczucia porwał północny wiatr
I odeszły w zapomnienie
14 listopada 2000 r.
Gosk
wzburzył się władca
kaszubskich odmętów muzyką fal morskich
ogarnął szare międzychmurza
magicznym trójzębem
rozpłatał spokój falochronów
i wskazując prawicą na południe
zawisł nad markotnymi plażami
rozpamiętując swe dzikie namiętności
szedłem wtedy plażą
porośniętą uśpionymi marzeniami i w ofierze przyszłość swą złożyłem
a jantar błyszczał
zaklętym w nim słońcem 3 września 2002 r.
69
Co mi tak w duszy szczęściem rozedniewa
I na konarach czasu rozpościera? Co każe wciąż to tu, to tam istniewać,
Przejawiać się, a potem nadumierać?
Gdzieś na dnie myśli, w głębinach tęsknoty
Rodzi się ludzkie odwieczne pytanie: Zali ogarnę światów niezmierzoty?
Będę-li kiedyś wszechumiłowaniem?
Jakaż to siła tajemna, niezgłębna -
Wola kształcąca wzajemprzenikanie, Że moja dusza - odmienna, odrębna
Tak się do innych upodabnia dla niej...
Misterium trwania, arcysacrum bytu,
Wszechzrozumienie, kołowirowanie, Dionizyjskiego puchary zachwytu -
Oto jest boskie życioumieranie!
6 maja 2002 r.
Ogród Mistyczny
Ciemno w ogrodzie...
W zaroślach lęk mieszka. Wiatr mrokiem grozy
Poprzewracał płoty.
Cicho w ogrodzie...
Tylko jakieś cienie Czasów zamierzchłych
Żyją wśród pustoty.
Zimno w ogrodzie...
Słońce się przelękło Śmierci zionącej
Spośród traw wysokich.
Smutno w ogrodzie...
Uschły wszystkie drzewa. Gdzieś płacz się poniósł
Pod ciemne obłoki.
Mokro w ogrodzie...
Deszcz spadł niespodzianie. Razem z nim jeszcze
Większy smutek przybył...
I tłuką teraz
W drzwi na pół otwarte, I dzwonią razem
W starych okien szyby.
A w domu pustka...
Czerń się w kątach czai.
Nicość się wala
Po brudnej podłodze.
W ogrodzie droga
Idąca w zaświaty...- Martwe się mary
Snują po tej drodze.
24 stycznia 2003 roku.
Wołowski Wieczór
Wieczór już zapadł w wołowskim powiecie.
Już czerwień słońca nad miastem zagasa.Już mrok tajemny tuła się po świecie
I śmierć się czai w okolicznych lasach.
Już gwiazdy swoje starożytne twarze
Wieszają w ciszy na rozległych niebach.Marzną powoli sierpniowe pejzaże.
Pod ludzką stopą stygnie ciepła gleba.
Wiatry też milkną w przedmiejskich alejach.
W czarnych gałęziach usypiają soki.Na przekór nocy rozbłyska nadzieja
I mocą swoją prześwietla obłoki.
W śródmiejskie parki zdążają poeci.
Wioski się topią w księżycowym blasku,Który nad świętym Dolnym Śląskiem świeci,
Przypominając o porannym brzasku.
17 sierpnia 2002 r.
* * *
Gdyby mi nagle przyszło do głowy,
Wyszedłszy z domu ranną godziną,
Gąszcz Ci pokazać - gąszcz kalinowy,
W którym półmroki na wieki giną
I w tych zaroślach tchnących świeżością
W otchłanie strącić senność z Twych powiek
I opleść Ciebie ducha boskością,
Byś zobaczyła, żem jednak - człowiek,
Gdybym rozścielił łąkę przed Tobą,
Wonną od kwiecia, taką, gdzie rosa
Lśni światłem słońca i samą sobą,
Byś tam biegała - naga i bosa,
Albo w tajemnej jakiejś potrzebie
Gdybym Ci błękit nieba przychylił,
Byś mogła stać się bóstwem w tym niebie,
Co byś zrobiła w tej dziwnej chwili?
30 grudnia 2002 r.
Wyszedłszy z domu ranną godziną,
Gąszcz Ci pokazać - gąszcz kalinowy,
W którym półmroki na wieki giną
I w tych zaroślach tchnących świeżością
W otchłanie strącić senność z Twych powiek
I opleść Ciebie ducha boskością,
Byś zobaczyła, żem jednak - człowiek,
Gdybym rozścielił łąkę przed Tobą,
Wonną od kwiecia, taką, gdzie rosa
Lśni światłem słońca i samą sobą,
Byś tam biegała - naga i bosa,
Albo w tajemnej jakiejś potrzebie
Gdybym Ci błękit nieba przychylił,
Byś mogła stać się bóstwem w tym niebie,
Co byś zrobiła w tej dziwnej chwili?
30 grudnia 2002 r.
Zerivana
w miejscu gdzie poezja łączy się z kiczem
tylko krzyk człowieczeństwa ma prawo głosu
dym idący znad szarych pól samotności
ożywia obrazy z dzieciństwa
i wspomnienia żyjące tylko pomiędzy
niezrozumieniem a wątpliwością
tu gdzie jedynie słowa prawdy są w stanie
ocalić ginące dzień po dniu dziedzictwo
powstaje z tkwiących głęboko w każdym z nas
pokładów woli życia kreacji i przemian
nowa filozofia bazująca na ludowości
niewidzialny malarz kładzie słoneczne barwy
na dachach domów uśpionych niewiedzą
w leśnych ostępach budzi się nowa era
naleciałości minionych wieków odpadają
od nienaruszonych murów dumy i siły
pamięć zbiorowa staje się faktem
archaiczne śpiewy nabierają znowu sensu
nikt już nie wątpi w słuszność mistycyzmu
tak mało nas jeszcze wśród królestw obłudy
wiano słońca tak lśniące jak potęga słowa
wolność której nikt nam nie odbierze
każda sekunda jest sprzymierzeńcem prawdy
pień z którego wyrośliśmy daje nowe soki
bardzo powoli świat dąży ku wielkości
5 września 2002 r.
tylko krzyk człowieczeństwa ma prawo głosu
dym idący znad szarych pól samotności
ożywia obrazy z dzieciństwa
i wspomnienia żyjące tylko pomiędzy
niezrozumieniem a wątpliwością
tu gdzie jedynie słowa prawdy są w stanie
ocalić ginące dzień po dniu dziedzictwo
powstaje z tkwiących głęboko w każdym z nas
pokładów woli życia kreacji i przemian
nowa filozofia bazująca na ludowości
niewidzialny malarz kładzie słoneczne barwy
na dachach domów uśpionych niewiedzą
w leśnych ostępach budzi się nowa era
naleciałości minionych wieków odpadają
od nienaruszonych murów dumy i siły
pamięć zbiorowa staje się faktem
archaiczne śpiewy nabierają znowu sensu
nikt już nie wątpi w słuszność mistycyzmu
tak mało nas jeszcze wśród królestw obłudy
wiano słońca tak lśniące jak potęga słowa
wolność której nikt nam nie odbierze
każda sekunda jest sprzymierzeńcem prawdy
pień z którego wyrośliśmy daje nowe soki
bardzo powoli świat dąży ku wielkości
5 września 2002 r.
Epiphaneia
Jest taki wiatr,
Który wieje pomiędzy gwiazdami
I maluje mroki niebytu
Dalekosiężnymi planami Stworzenia.
Teraz już wszystko rozumiem...
Kropla porannej rosy
Zawiera w sobie pełnię Boga.
Który wieje pomiędzy gwiazdami
I maluje mroki niebytu
Dalekosiężnymi planami Stworzenia.
Teraz już wszystko rozumiem...
Kropla porannej rosy
Zawiera w sobie pełnię Boga.
* * *
Noc już nadeszła. Płoną świec lampiony.
Gdzieś tam, za oknem, czarny, głuchy świat.
A w mojej duszy jęk nieutulony.
Ktoś moje życie bezpowrotnie skradł.
Czarcie gałęzie - ręce Czarnoboga -
Pukają w szyby, tańcząc w nocnej mgle.
Poza tym cicho... I tylko zła trwoga
Woskowy półmrok bezlitośnie tnie.
Prastary księżyc na mroźnych niebiesiech
Srebrną rozpaczą rozpromienia las,
A pustka duszy razem z mgłą się niesie...
Właśnie ostatni płomień świecy zgasł.
Już tylko grudzień zagląda mi w oczy.
To Twoje kroki dochodzą zza drzwi?
Słyszę wyraźnie jak powietrznie kroczysz,
By swoim życiem rozświetlić me dni!
Gdzieś tam, za oknem, czarny, głuchy świat.
A w mojej duszy jęk nieutulony.
Ktoś moje życie bezpowrotnie skradł.
Czarcie gałęzie - ręce Czarnoboga -
Pukają w szyby, tańcząc w nocnej mgle.
Poza tym cicho... I tylko zła trwoga
Woskowy półmrok bezlitośnie tnie.
Prastary księżyc na mroźnych niebiesiech
Srebrną rozpaczą rozpromienia las,
A pustka duszy razem z mgłą się niesie...
Właśnie ostatni płomień świecy zgasł.
Już tylko grudzień zagląda mi w oczy.
To Twoje kroki dochodzą zza drzwi?
Słyszę wyraźnie jak powietrznie kroczysz,
By swoim życiem rozświetlić me dni!
Dartford, 30 listopada 2011 r.
Pejzaż

Latem to było, latem, czerwcowym wieczorem!
Słońce w niebach szerokich rozpaliło łunę
I gasnącą czerwienią zawisło nad borem.
Łąka pachnieć zaczęła nocą i piołunem...
Z wschodnich stron nieproszony Strzybóg wnet się zjawił,
Niosąc z sobą skłębioną czarnych chmur powałę.
Wietrzny szaman-czarodziej! Deszczem świat załzawił -
Ciepłym światom na zgubę, a na swoją chwałę.
W deszczu tym dąb wiekowy święte swe konary
Splótł z jasnością pioruna, co weń z góry raził,
Jeszcze świętszym go czyniąc w ostatniej godzinie.
Zamarł świat przerażony mocą tej ofiary!
I w tej chwili śmiertelnej żaden dźwięk nie skaził
Ciszy, która zapadła w podgórskiej dolinie.
29 grudnia 2010
(wykorzystano obraz Maxima Worobjewa "Dąb rozszczepiony piorunem")
Królestwo
uczyli nas miłować wroga
choćby ten z nienawiścią
uderzał nas w twarz
i mówili, że nie ma Boga
w świętych gajach
w kamieniach i drzewach
w wartkich rzekach
i jasnym obliczu słońca
że kłaniamy się bałwanom
gardzili naszą miłością do ziemi
mówili że ojczyzna
to nie sława praojców
ich dbałość o rolę
ich wojenny trud
że słowiańskie królestwo
jest w innym świecie
mówili też
że nadchodzi czas
gdy syn stanie przeciw ojcu
córka przeciw matce
tak mówili
kazali nam paść na kolana
posypując nasze głowy popiołem
przekonywali
że jesteśmy tym prochem
wielu z nas uwierzyło
złamani i zagubieni
klęczący w dusznych
kamiennych świątyniach
wznoszący modły
do obrazów i rzeźb
do martwego bożyca
na słonecznym krzyżu
żadne imperium
nie trwa wiecznie
wieczna jest tylko
nasza pamięć
8 lipca 2010 r.
choćby ten z nienawiścią
uderzał nas w twarz
i mówili, że nie ma Boga
w świętych gajach
w kamieniach i drzewach
w wartkich rzekach
i jasnym obliczu słońca
że kłaniamy się bałwanom
gardzili naszą miłością do ziemi
mówili że ojczyzna
to nie sława praojców
ich dbałość o rolę
ich wojenny trud
że słowiańskie królestwo
jest w innym świecie
mówili też
że nadchodzi czas
gdy syn stanie przeciw ojcu
córka przeciw matce
tak mówili
kazali nam paść na kolana
posypując nasze głowy popiołem
przekonywali
że jesteśmy tym prochem
wielu z nas uwierzyło
złamani i zagubieni
klęczący w dusznych
kamiennych świątyniach
wznoszący modły
do obrazów i rzeźb
do martwego bożyca
na słonecznym krzyżu
żadne imperium
nie trwa wiecznie
wieczna jest tylko
nasza pamięć
8 lipca 2010 r.
Modlitwa
Światła Swarzyco, boski Piorunie,
Odmrocze!
Dotknij nas Wiedą, spłyń Niecią w myśli
Człowiecze!
Czwórdzielna Swargo, Mocy tajemna,
Uśpiona!
Ukaż Głagole! Bezczynu nije
Pokonaj!
Iście odwieczny, wrotny Żywiole,
Wszechwłado!
Opętaj Mirem, ruń Kołowiłcią,
Koliado!
8 lipca 2010 r.
Odmrocze!
Dotknij nas Wiedą, spłyń Niecią w myśli
Człowiecze!
Czwórdzielna Swargo, Mocy tajemna,
Uśpiona!
Ukaż Głagole! Bezczynu nije
Pokonaj!
Iście odwieczny, wrotny Żywiole,
Wszechwłado!
Opętaj Mirem, ruń Kołowiłcią,
Koliado!
8 lipca 2010 r.
Wołos
Kołysały się na wietrze zbóż złociste kłosy.
Ponad polem mgłą słoneczną zawisła tęsknica.
Szedł pachołek wąską miedzą, zmęczony i bosy.
Za nim - chuda jak ta miedza- biegła południca.
Błękit nieba, zlany żarem swarogowej mocy,
Niczym cztery ręce Boga szerzył się w zaświaty...
Wtem huknęło i powiało chłodem czarnej nocy!
Na rozdrożu, w cieniu własnym, stanął Bóg rogaty.
Mówiąc- milczał, milcząc - mówił - i bydlęcym wzrokiem
Wnikał, tonąc w miękkim mroku, w pacholęcia duszę
I spoglądał w cztery strony swoim jednym okiem,
I posyłał dzikie krzyki w letnią świata głuszę!
Jak się zjawił, tak też odszedł - boski, niepojęty,
Zostawiając w szczerym polu martwe, blade lica.
Kołysały się na wietrze zbożowe odmęty.
Podążyła w ich złocistość blada południca.
8 lipca 2010 r.
Ponad polem mgłą słoneczną zawisła tęsknica.
Szedł pachołek wąską miedzą, zmęczony i bosy.
Za nim - chuda jak ta miedza- biegła południca.
Błękit nieba, zlany żarem swarogowej mocy,
Niczym cztery ręce Boga szerzył się w zaświaty...
Wtem huknęło i powiało chłodem czarnej nocy!
Na rozdrożu, w cieniu własnym, stanął Bóg rogaty.
Mówiąc- milczał, milcząc - mówił - i bydlęcym wzrokiem
Wnikał, tonąc w miękkim mroku, w pacholęcia duszę
I spoglądał w cztery strony swoim jednym okiem,
I posyłał dzikie krzyki w letnią świata głuszę!
Jak się zjawił, tak też odszedł - boski, niepojęty,
Zostawiając w szczerym polu martwe, blade lica.
Kołysały się na wietrze zbożowe odmęty.
Podążyła w ich złocistość blada południca.
8 lipca 2010 r.
Waligóra i Wyrwidąb
Dwóch ich żyje potężnych pod słowiańskim niebem,
Z matki Mocy zrodzonych w starodawne czasy.
Jeden z drugim - nawzajem silniejsi od siebie,
Drugi z pierwszym - w odwieczne biorą się zapasy.
Hen, gdzie leśne są poręby,
Waligóry, Wyrwidęby
Szumią, wrzeszczą, łamią drzewa,
Wiekowe dąbrowy.
Tam, gdzie szczyty wchodzą w chmury,
Wyrwidęby, Waligóry
Tłuką, grzmocą i łyskają
W tańcu perunowym!
Dwóch ich jeno olbrzymów, a jakby stu było -
Z takim tęgim zacięciem wzajem się siłują,
A co jeden zwycięża, drugi go od nowa
Wokół siebie wykręca - i tak w krąg kołują.
Hen, gdzie górskich turni zęby,
Waligóry, Wyrwidęby
Tupią, kopią, rozbijają
Granitów okowy!
Walą, rąbią, lecą wióry!
Wyrwidęby, Waligóry
Lecą z wiatrem poprzez światy
W szaleństwie burzowym!
Płanetniki i ażdachy
Ubaw mają dziś po pachy!
W deszczu, w błyskach, w chmur zamroczach
Dzieje się zniszczenie!
W dół, do góry i na boki
Rozstępują się obłoki,
Gdy olbrzymy dwa gromowe
Wędrują przez ziemię!
grafika: Kazimierz Perkowski
Żniwa
(Obrazki z dawnej wsi polskiej)
I.
Z kim mi po drodze,
Biednej niebodze?
Z kim w zamęt życia
Udać się mam?
W niebie, u góry,
Gradowe chmury
Moim nadziejom
Zadają kłam.
Koniec tej drogi
Złośliwe bogi
We mgle schowały
Przed wzrokiem mym.
Po dzikich polach
Ludzka niedola
Niesie się smugą
Jak siwy dym.
Kto przy mnie zaśnie,
Kiedy dzień zgaśnie?
Kto mnie pocieszy,
Otrze me łzy?
Nigdy nie dowiem
Się tego, bowiem
Nigdy już do mnie
Nie przyjdziesz Ty.
Ty - wymarzony,
Ty - wytęskniony,
Wyczekiwany
Wszystkie te dni...
II.
Ciężkie dożynki.
Chmurne boginki
Tańcują z wiatrem
Wśród nagich pól.
Z otchłani borów
W bezmiar przestworów
Wypłynął mroczny,
Nieludzki ból.
Gdzie się podziałaś,
Co nie istniałaś
Ni jednej chwili
W żywocie mym?
Hen, po niebiesiech
Smugą się niesie
Dziwna pomroka -
Szarawy dym.
Może mnie czekasz -
Mglista, daleka -
Może mnie szukasz
Wśród zwykłych dni?
Może - wesoła -
Wiecznie mnie wołasz?
Może wylewasz
W ciszy swe łzy?
Ty - wytęskniona,
Ty - wymarzona -
Wyczekiwana,
Nieznana - Ty.
III.
Wśród szczerozłotych
Marzeń biedoty
Z wolna dobiega
Żywota czas...
Sierp zboże kosi,
Pot czoło rosi,
Słońce się chowa
Za ciemny las.
Pszeniczne łany
W kurzu tumany
Przyoblekł jakiś
Pradawny bóg.
Wrócę ja do dom
Z siwą już brodą.
Wolno przestąpię
Drewniany próg.
Na liche łoże
Troski swe złożę.
Szybko zapadnę
W głęboki sen.
Północ utuli
Dłonią Matuli.
Wnet się posrebrzy
Włosów mych len.
Nie to podwórze,
Nie te kałuże,
Nie moja chata...
Żywot nie ten...
IV.
Gdzież ma uroda?
Jużem nie młoda.
Już mi posiwiał
Na skroni włos.
Zmarszczki na czole
Dało mi pole,
Przedwczesną starość -
Taki to los...
Pierw są zasiewy,
Potem są śpiewy
W żniwną harówkę.
I tak co rok...
Pierw narodziny,
Już zrękowiny,
A potem żniwa
I śmierci mrok.
Oj , Dolo, Dolo,
Moja Dodolo,
Oj Perperuno -
Smutny ten czas...
Niejeden człowiek,
Nim dwoje powiek
Dobrze otworzył,
Już cały zgasł...
3-4 grudnia 2002 r.
I.
Z kim mi po drodze,
Biednej niebodze?
Z kim w zamęt życia
Udać się mam?
W niebie, u góry,
Gradowe chmury
Moim nadziejom
Zadają kłam.
Koniec tej drogi
Złośliwe bogi
We mgle schowały
Przed wzrokiem mym.
Po dzikich polach
Ludzka niedola
Niesie się smugą
Jak siwy dym.
Kto przy mnie zaśnie,
Kiedy dzień zgaśnie?
Kto mnie pocieszy,
Otrze me łzy?
Nigdy nie dowiem
Się tego, bowiem
Nigdy już do mnie
Nie przyjdziesz Ty.
Ty - wymarzony,
Ty - wytęskniony,
Wyczekiwany
Wszystkie te dni...
II.
Ciężkie dożynki.
Chmurne boginki
Tańcują z wiatrem
Wśród nagich pól.
Z otchłani borów
W bezmiar przestworów
Wypłynął mroczny,
Nieludzki ból.
Gdzie się podziałaś,
Co nie istniałaś
Ni jednej chwili
W żywocie mym?
Hen, po niebiesiech
Smugą się niesie
Dziwna pomroka -
Szarawy dym.
Może mnie czekasz -
Mglista, daleka -
Może mnie szukasz
Wśród zwykłych dni?
Może - wesoła -
Wiecznie mnie wołasz?
Może wylewasz
W ciszy swe łzy?
Ty - wytęskniona,
Ty - wymarzona -
Wyczekiwana,
Nieznana - Ty.
III.
Wśród szczerozłotych
Marzeń biedoty
Z wolna dobiega
Żywota czas...
Sierp zboże kosi,
Pot czoło rosi,
Słońce się chowa
Za ciemny las.
Pszeniczne łany
W kurzu tumany
Przyoblekł jakiś
Pradawny bóg.
Wrócę ja do dom
Z siwą już brodą.
Wolno przestąpię
Drewniany próg.
Na liche łoże
Troski swe złożę.
Szybko zapadnę
W głęboki sen.
Północ utuli
Dłonią Matuli.
Wnet się posrebrzy
Włosów mych len.
Nie to podwórze,
Nie te kałuże,
Nie moja chata...
Żywot nie ten...
IV.
Gdzież ma uroda?
Jużem nie młoda.
Już mi posiwiał
Na skroni włos.
Zmarszczki na czole
Dało mi pole,
Przedwczesną starość -
Taki to los...
Pierw są zasiewy,
Potem są śpiewy
W żniwną harówkę.
I tak co rok...
Pierw narodziny,
Już zrękowiny,
A potem żniwa
I śmierci mrok.
Oj , Dolo, Dolo,
Moja Dodolo,
Oj Perperuno -
Smutny ten czas...
Niejeden człowiek,
Nim dwoje powiek
Dobrze otworzył,
Już cały zgasł...
3-4 grudnia 2002 r.
Pierwnica
poznaj mój mistycyzm
oto Ja - pierwotna
oto Ja - ostateczna
wróci do mnie Syn mój
Samotwórca
gdy się wypełni czas
i zacznie się we Mnie
to co we Mnie się skończy
upadną dla Mnie wszelkie bóstwa
i pokłon Mi oddadzą
a Ja
tak potężna
tak wszechwładna
nigdy nie poznam
co to znaczy
istnieć
27 czerwca 2010 r.
oto Ja - pierwotna
oto Ja - ostateczna
wróci do mnie Syn mój
Samotwórca
gdy się wypełni czas
i zacznie się we Mnie
to co we Mnie się skończy
upadną dla Mnie wszelkie bóstwa
i pokłon Mi oddadzą
a Ja
tak potężna
tak wszechwładna
nigdy nie poznam
co to znaczy
istnieć
27 czerwca 2010 r.
Byliśmy Jak Wiatr...
byliśmy jak wiatr
niespokojni pośród ciszy
nieuchwytni w swojej furii
arcyciekawi wszechrzeczy
byliśmy
jak jesienne ulice ogarnięte mrokiem
niczym nie spisane nigdy słowa
zapomnianej pieśni
jak jasnooka sezonowa miłość
spontaniczni i dalecy
od zimnego wyrachowania
od wyrafinowania i zastanowienia
wszechobecni i wielotwarzowi
jak życie o wielu celach
byliśmy
bezładni jak pramateria
żywiołowi i ekscentryczni
ekstatyczni i niejednostajni
niczym nie skrępowani
nie skodyfikowani
ponad wszystkim
poza wszystkim
i pomimo wszystkiego
pandemonauci wyższych sfer poznania
heretycy z wyboru
artyści dla nikogo
żyliśmy
a ludzie nam zazdrościli
27 czerwca 2010 r.
niespokojni pośród ciszy
nieuchwytni w swojej furii
arcyciekawi wszechrzeczy
byliśmy
jak jesienne ulice ogarnięte mrokiem
niczym nie spisane nigdy słowa
zapomnianej pieśni
jak jasnooka sezonowa miłość
spontaniczni i dalecy
od zimnego wyrachowania
od wyrafinowania i zastanowienia
wszechobecni i wielotwarzowi
jak życie o wielu celach
byliśmy
bezładni jak pramateria
żywiołowi i ekscentryczni
ekstatyczni i niejednostajni
niczym nie skrępowani
nie skodyfikowani
ponad wszystkim
poza wszystkim
i pomimo wszystkiego
pandemonauci wyższych sfer poznania
heretycy z wyboru
artyści dla nikogo
żyliśmy
a ludzie nam zazdrościli
27 czerwca 2010 r.
Bunt Zniczów
Jak wieczny granitowy bóg w fioletu gęstym morzu,
Utopion, by się nigdy już nie zbudzić w ludzki świat,
Spoczywam ranny w dzikim śnie na gwiazd tragicznym łożu,
A nicość sączy się w mą treść... I podły śmierci gad...
Zabity - pośród gwiezdnych pól - pochodnią nocnych marzeń,
Obracam swoją twarz na Wschód, gdzie nowy wstaje świt.
Wykrwawiam się tysiącem zórz w duszącym słów oparze.
Nie dla mnie świtu jasny blask. Już ból mi nawet zbrzydł.
Gdzieś w Kasjopei ciemny nurt zanurzam swoje ciało,
By wzburzyć w sobie jeszcze raz nieposkromiony gniew!
By jeszcze raz upoić się potęgą bóstw wspaniałą,
A tam, gdzie złoty świeci tron, Wszechświata ponieść śpiew!
Gdzieś w Arkturusa czarnym szkle szaleństwa barw maluję,
Swej wyobraźni mroczną głębią nowy kreślę ryt -
Dla serc czujących to, co ja w tej jednej chwili czuję!
Dla dusz pragnących - tak jak ja - by się dokonał Byt!
W pradawnych myślach wieczny Czas zatacza swoje Koło
I jeszcze raz zaczyna się Materia oraz Duch.
Znów w Końcu jest Początek, Dzień się rodzi Nocy smołą
I znów milcząca Świętość rozpoczyna wszelki Ruch.
Machina Świata wieczna jest i boskie jego prawa.
W zaniku Nyja gasi życie, studzi żywioł wszech,
A Rod podźwiga Niebyt w Jaźń, promienną w swych podstawach!
Błyskają wkoło Znicze gwiazd. Wśród nich mój błyszczy śmiech.
13 sierpnia 2002 r.
Utopion, by się nigdy już nie zbudzić w ludzki świat,
Spoczywam ranny w dzikim śnie na gwiazd tragicznym łożu,
A nicość sączy się w mą treść... I podły śmierci gad...
Zabity - pośród gwiezdnych pól - pochodnią nocnych marzeń,
Obracam swoją twarz na Wschód, gdzie nowy wstaje świt.
Wykrwawiam się tysiącem zórz w duszącym słów oparze.
Nie dla mnie świtu jasny blask. Już ból mi nawet zbrzydł.
Gdzieś w Kasjopei ciemny nurt zanurzam swoje ciało,
By wzburzyć w sobie jeszcze raz nieposkromiony gniew!
By jeszcze raz upoić się potęgą bóstw wspaniałą,
A tam, gdzie złoty świeci tron, Wszechświata ponieść śpiew!
Gdzieś w Arkturusa czarnym szkle szaleństwa barw maluję,
Swej wyobraźni mroczną głębią nowy kreślę ryt -
Dla serc czujących to, co ja w tej jednej chwili czuję!
Dla dusz pragnących - tak jak ja - by się dokonał Byt!
W pradawnych myślach wieczny Czas zatacza swoje Koło
I jeszcze raz zaczyna się Materia oraz Duch.
Znów w Końcu jest Początek, Dzień się rodzi Nocy smołą
I znów milcząca Świętość rozpoczyna wszelki Ruch.
Machina Świata wieczna jest i boskie jego prawa.
W zaniku Nyja gasi życie, studzi żywioł wszech,
A Rod podźwiga Niebyt w Jaźń, promienną w swych podstawach!
Błyskają wkoło Znicze gwiazd. Wśród nich mój błyszczy śmiech.
13 sierpnia 2002 r.
Dziewanna
I.
Niebo pachniało błyskawicą,
Gdy, przeniknięty cichą czernią,
Bór słuchał modłów mych o szczęście.
Dymy nad ołtarz się wznosiły.
W centrum Wszechświata, w kniej ostępach,
Tkałem tęsknotę swą niezmierną,
A noc tętniła boską mocą...
Wszystko tak święte, pełne siły!
Klęczałem, w głuszy wzrok utkwiwszy,
I wyławiałem z dzikich dali
Szepty, płynące niczym jedwab
Między gałęzi arkadami
W nicość, w bezkresność, w zapomnienie...
Ktoś wtedy świetlny łuk rozpalił
Nad tajemniczą głębią mroku.
Świat się zapełnił demonami.
Odległych baśni senne mary
Wicher przywiewał z krain Wschodu
I umierałem w ich promieniach
Wznosząc ku gwiazdom dumne lico.
Od łąk, skąpanych w srebrnych światłach,
Tchnęło bezduszną grozą chłodu.
Stałem, czekając na Jej przyjście.
Niebo pachniało błyskawicą.
II.
Przyszła wraz pierwszym dźwiękiem słońca,
Skąpana w rosie, w mgłę odziana.
Wianek spoczywał na Jej skroni,
Spleciony z ruty i bylicy.
Jej włosy lśniły ranną zorzą.
Przyszła - pradawna, zapomniana!
Gdzieś w gąszczach chabrów i łopianu
Bóg się przebudził czterolicy.
Zagrały dzwonki przebiśniegów.
Ziemia ożyła w ciepła smugach.
Ona - tak piękna i radosna -
Wzniosła się śpiewem ponad chmury.
Gdzieś zazielenił się zagajnik,
Gdzieś zapluskała bystra struga,
A Bóg spoglądał i nie wierzył
W świętą powabność swojej Córy.
Fiołki, w słodyczy rozkochane,
Świeżym pachniały snem majowym,
A Ona naga szła i bosa -
Promienna Dziewa, Cud-Bogini!
Wzrokiem drewnianym i wilgotnym
Objęła wzgórza i dąbrowy,
A bór u stóp Jej mchy położył
I tchnął żywicą w pierś Władczyni.
III.
Czerwień wieczoru ciemnym złotem
Pokryła zmarszczki mego czoła.
Dym się unosił nad ołtarzem
I niknął w światłach gwiazd prastarych.
Cicho... tak cicho wtedy było...
Bosko... tak bosko dookoła...
Nagle powiewna jakaś postać
Rozkołysała drzew konary.
Stanęła wprost przed mym obliczem,
Przeszyła duszę wzrokiem świętym,
Zaczarowała dzikim krzykiem
I zatańczyła wraz z chmurami!
Błysnęło niebo srebrną siecią,
Zawrzały we mnie krwi odmęty.
Tonąc w przedwiecznych Jej bezmiarach,
Duszą spajałem się z gwiazdami.
Tak doczekaliśmy się nocy,
By zniknąć w czarnej nieb otchłani.
Zaginął po nas słuch wszelaki.
Odeszliśmy jak mgła poranna...
Pośród galaktyk niebotycznych
Ginąłem w oczach mojej Pani.
I tylko las powtarzał wkoło:
"Sława Bogini! Mir Dziewanna!"
10 marca 2003 r.
Niebo pachniało błyskawicą,
Gdy, przeniknięty cichą czernią,
Bór słuchał modłów mych o szczęście.
Dymy nad ołtarz się wznosiły.
W centrum Wszechświata, w kniej ostępach,
Tkałem tęsknotę swą niezmierną,
A noc tętniła boską mocą...
Wszystko tak święte, pełne siły!
Klęczałem, w głuszy wzrok utkwiwszy,
I wyławiałem z dzikich dali
Szepty, płynące niczym jedwab
Między gałęzi arkadami
W nicość, w bezkresność, w zapomnienie...
Ktoś wtedy świetlny łuk rozpalił
Nad tajemniczą głębią mroku.
Świat się zapełnił demonami.
Odległych baśni senne mary
Wicher przywiewał z krain Wschodu
I umierałem w ich promieniach
Wznosząc ku gwiazdom dumne lico.
Od łąk, skąpanych w srebrnych światłach,
Tchnęło bezduszną grozą chłodu.
Stałem, czekając na Jej przyjście.
Niebo pachniało błyskawicą.
II.
Przyszła wraz pierwszym dźwiękiem słońca,
Skąpana w rosie, w mgłę odziana.
Wianek spoczywał na Jej skroni,
Spleciony z ruty i bylicy.
Jej włosy lśniły ranną zorzą.
Przyszła - pradawna, zapomniana!
Gdzieś w gąszczach chabrów i łopianu
Bóg się przebudził czterolicy.
Zagrały dzwonki przebiśniegów.
Ziemia ożyła w ciepła smugach.
Ona - tak piękna i radosna -
Wzniosła się śpiewem ponad chmury.
Gdzieś zazielenił się zagajnik,
Gdzieś zapluskała bystra struga,
A Bóg spoglądał i nie wierzył
W świętą powabność swojej Córy.
Fiołki, w słodyczy rozkochane,
Świeżym pachniały snem majowym,
A Ona naga szła i bosa -
Promienna Dziewa, Cud-Bogini!
Wzrokiem drewnianym i wilgotnym
Objęła wzgórza i dąbrowy,
A bór u stóp Jej mchy położył
I tchnął żywicą w pierś Władczyni.
III.
Czerwień wieczoru ciemnym złotem
Pokryła zmarszczki mego czoła.
Dym się unosił nad ołtarzem
I niknął w światłach gwiazd prastarych.
Cicho... tak cicho wtedy było...
Bosko... tak bosko dookoła...
Nagle powiewna jakaś postać
Rozkołysała drzew konary.
Stanęła wprost przed mym obliczem,
Przeszyła duszę wzrokiem świętym,
Zaczarowała dzikim krzykiem
I zatańczyła wraz z chmurami!
Błysnęło niebo srebrną siecią,
Zawrzały we mnie krwi odmęty.
Tonąc w przedwiecznych Jej bezmiarach,
Duszą spajałem się z gwiazdami.
Tak doczekaliśmy się nocy,
By zniknąć w czarnej nieb otchłani.
Zaginął po nas słuch wszelaki.
Odeszliśmy jak mgła poranna...
Pośród galaktyk niebotycznych
Ginąłem w oczach mojej Pani.
I tylko las powtarzał wkoło:
"Sława Bogini! Mir Dziewanna!"
10 marca 2003 r.
Większego Sensu Mi Nie Trzeba

Żyję dla życia samego,
Kocham dla samej miłości,
Śnię dla marzenia sennego.
Nie chcę obłudnej wieczności.
Nie chcę odległym, nieznanym
Być na zaświatów równinach,
Nie chcę też zmartwychpowstałym
W innym się świecie zaczynać.
O ile bardziej mnie cieszy
Moje istnienie tutejsze.
Tu w oczach głupców chcę grzeszyć,
Gwiazdy wciąż kraść najpiękniejsze!
Tu pragnę żyć dla miłości,
Kochać dlatego, żem tchnieniem,
Śnić o wspaniałej chwilności,
Doświadczać świata błądzeniem!
13 czerwca 2002 r.
* * *
Łado!
Wśród kamiennych ostańców
Każde słowo rzucone na wiatr
Zdaje się być solarną modlitwą
Prośbą o nieśmiertelność
W odwiecznej zieleni lasu
Czas traci na znaczeniu
Granice się zacierają
Myśli zlewają się w jedno
Dokoła jest tylko
Bóstwo
Wszechpotęga
Grom
12 maja 2010
Wśród kamiennych ostańców
Każde słowo rzucone na wiatr
Zdaje się być solarną modlitwą
Prośbą o nieśmiertelność
W odwiecznej zieleni lasu
Czas traci na znaczeniu
Granice się zacierają
Myśli zlewają się w jedno
Dokoła jest tylko
Bóstwo
Wszechpotęga
Grom
12 maja 2010
Perun
W tajemnych krainach, wysoko wśród drzew,
Kołysał się sen mój pogański...
I szumiał... i szeptał... i cichł jego śpiew -
Niebieski... swobodny... bezpański...
I spłynął doń z góry, z wysoka, aż z chmur,
Błyskawic srebrzysty Władyka!
A w oczach miał słońce i szumny miał bór,
I boskość, co oczy zamyka!
Jak dąb wyrósł z ciszy nieznany mi świat,
Gdzie Mocą pulsują przestrzenie!
A potem błysnęło! i w trawę gdzieś spadł
Mój sen, co już nie był marzeniem!
17 stycznia 2004 r.
Nyja
Przeciekasz mi przez palce, czterolicy Boże,
Jak łoskot wichru w niebie w słotną niepogodę,
Zanikasz w nieufności, rozpaczy i mroku.
Przeciekasz mi przez palce... Przemieniasz się w wodę...
Tak łatwo w Ciebie zwątpić, pobłądziwszy w drodze
Pomiędzy pasją ducha a chłodnym rozumem.
Tak trudno żar utrzymać w przemarzniętych dłoniach.
Tak łatwo w tłum się wtopić... i stać się tym tłumem.
Gdziekolwiek bym nie poszedł, zawsze sam zostaję,
Wyśmiany przez szaleństwo współczesnego świata,
Choć wiem, że idą ze mną dusze mi podobne.
Tak się wyśniewa pustka, nicość i zatrata!
Lecz nawet śmierć umiera i w życie się zmienia,
Gdy w dłoni swej zatrzymam jedną kroplę Ciebie.
Staje się ona ogniem, który niosę ludziom.
Nie ma miejsca dla Nyi w wiecznie wolnym niebie!
20 grudnia 2004 r.
Oswoić Śmierć
Oswoić śmierć to wierzyć w swoje przemijanie.
Oswoić śmierć, to patrzeć jej z uśmiechem w oczy.
Tak - kiedy w końcu chwila konania nastanie -
Z pewnością łatwiej będzie w noc się przeistoczyć.
Oswoić śmierć - wyznawać mocne przekonanie,
Że żyć się będzie dalej lub w niebyt się zmieni.
Tak - kiedy wreszcie przyjdzie nasze umieranie -
Z pewnością łatwiej będzie pójść w krainę cieni.
A życie? Czy je także oswajać musimy? -
Wszak czasem tak nieufne i niezrozumiałe...
Tak często nas rozbudza, kiedy twardo śpimy,
Paletą barw, dźwiękami, całym swoim szałem...
21 maja 2002 r.
Przeobrażenie

Jasne widziałem tego dnia przestrzenie
I zadymione przeszłością kurhany...
Prastarych borów żywioł nie poznany
Dotknął mnie dźwiękiem i poraził tchnieniem.
Znakiem gromowym zapachniały lasy.
W czwórdzielnym wirze się przeobraziłem
I w złotym słońcu łany owionąłem.
Znów byłem słowem! Znów urosłem w siłę!
Nie było wcześniej głośniejszego dźwięku,
Większego boga ziemia nie widziała,
Niebieskim gniewem zadrżały odmęty...
Starczyło ducha, nie starczyło ciała...
Gęstej żywicy kleisty aromat
Wydrążył smukłe tory zamyślenia.
Miodem spłynęły rzeki prehistorii,
Grały pejzaże, wiatr się rozprzestrzeniał...
Stare żywioły zalśniły czerwienią
I archetypy z głębi wychynęły,
Miejsca rodzime przypomniały wiarę,
A obce moce w mrokach zaginęły.
W kamiennej głuszy trwały gołoborza
I tajemnicą okryły się wody...
W dniu tym ujrzałem fenomen przyrody...
Jasne widziałem tego dnia przestworza...
10-13 listopada 2001 r.
Świętobór
Las mnie opęta. Ziemia mnie pochowa.
W żyłach popłynie krew świerkowej ciszy.
Ginące światła pomkną ku niebiosom.
Wieczór w mych myślach modły swe zapisze.
Kto zapamięta moje prześniewanie,
Jeśli nie dusza wszechmogącej kniei?
Gdzie zamieszkają wizje słońc gromowych,
Jeśli nie w leśnej, bezpańskiej zawiei?
W dębach wyryję swoje ziemskie imię
Mokrą od potu świętą głagolicą.
Ostatni pokłon oddam Wszechistnieniu.
Księżyc oświetli me stęsknione lico
I pójdę dumnie w niewiadome kraje
Jak dziecko światła, człowiek, diabeł, król.
Wyjrzyj czasami poza krańce świata.
Będę tam mieszkał - pośród gwiezdnych pól.
1 grudnia 2004 r.
W żyłach popłynie krew świerkowej ciszy.
Ginące światła pomkną ku niebiosom.
Wieczór w mych myślach modły swe zapisze.
Kto zapamięta moje prześniewanie,
Jeśli nie dusza wszechmogącej kniei?
Gdzie zamieszkają wizje słońc gromowych,
Jeśli nie w leśnej, bezpańskiej zawiei?
W dębach wyryję swoje ziemskie imię
Mokrą od potu świętą głagolicą.
Ostatni pokłon oddam Wszechistnieniu.
Księżyc oświetli me stęsknione lico
I pójdę dumnie w niewiadome kraje
Jak dziecko światła, człowiek, diabeł, król.
Wyjrzyj czasami poza krańce świata.
Będę tam mieszkał - pośród gwiezdnych pól.
1 grudnia 2004 r.
Piorun Czasu Nocy
Styczniowa burza. Zabrali mi światło.
Wiatr pachnie trawą w gromowej godzinie.
Księżyc ociera się o gęste mroki.
Czas wciąż się sączy...Jak on wolno płynie!
Gdzieś na gałęziach smaganych błyskami
Przysiadły ptaki w pozie skamieniałej.
Na złotej wadze ważę swoje życie.
Ach, przemijanie, jakżeś jest wspaniałe!
W oczach Piorunu jasno widzę sprawy:
To, żem tworzliwy jest i tak wierszawy,
Że na muzyce spełźnie śniejba moja!
Nocny Posłaniec cele mi ukazał:
Trwać w niezatartych przeszłości obrazach
I wiecznie w czasu plątać się powojach!
31 stycznia 2002 r.
Swarożyc
Zstąpił na ziemię niebieskim płomieniem
W głębokim lesie, w sanktuarium drzew.
Za nim zstąpiły licznych ogni cienie
I szczerozłoty Ojca-Słońca śpiew.
Rozdmuchał wokół pachnące igliwie
Krwawą pożogą święcąc mroki kniej.
Jasno, gwałtownie i niesprawiedliwie -
Śnij się spełnienie! Dziej się, Śmierci, dziej!
Wnet się ugięły stuletnie korony,
Ich długie włosy zmieniły się w dym.
Zatańczył w słońcu Perun, Bóg wcielony!
Owionął Zaświat bór spojrzeniem złym.
Przebóg! Spłonęły wizje leśnej ciszy,
Spokój się zapadł w popielaty pył.
Zielonej baśni nawet On nie słyszy.
Nie ma już świata, choć przed chwilą był.
Przybył Swarożyc, w Śmierci niosąc Życie,
Przybył Krzewiciel Niewyśnionych Dróg!
Pierwsza roślina wyrośnie o świcie -
Tak się objawi w Swojej Mocy Bóg!
21 grudnia 2004 r.
Upadek Arkony
Po raz ostatni ozwał się dzwon,
Zwiastun pradawnej chwały końca.
Tchnięte od władcy niebiańskich stron
Promienie wieczornego słońca
Na dach świątyni w sercu grodu
Padają, życie chcąc dać wojom,
Co wśród zaświatów już ogrodów.
Koniec już ich chwalebnym bojom.
Wielki Świętowit zwalił się z nóg
Przez cudzoziemca porażony.
Dziś pokonany prastary Bóg,
Strażnik drewnianych bram Arkony,
Lecz znów powstanie Wenedów Pan,
Aby królować nieprzerwanie,
A każdy zboża złoty łan
Obwieści Jego panowanie.
I każdy bór, i każdy gaj
Święty się stanie jak przed wieki.
Upadnie Krysta złudny raj,
Zahuczą gromko wszystkie rzeki,
Bo stare Bogi wrócą na tron,
Zyszcze Arkona sługi nowe,
Zabrzmi ponownie potężny dzwon,
Wzniesie Słowianin dumnie głowę.
5 września 1999 r.
Wiersz ten został wykorzystany
jako tekst utworu zespołu Signum Triste.
Kostroma-Kostrub

Ja pośród lśniwa i zwietrzelin
Na taflach tańczę jezior szklanych
I w śnieżno-chmurnych kłębowiskach
Maluję białych zórz dywany.
Ja się zachwycam umieraniem,
Martwotą drzew nasycam oczy
I nie rozpaczam wcale, kiedy
Ktoś się zapomni, ktoś się stoczy.
Ja - biała, obojętna Pani.
Mrozy - me sługi i poddani.
Ludzie - niknące cienie.
Nie znam ni ciepła, ni miłości,
Od zawsze błądząc w samotności.
Na imię mam Skostnienie.
10 grudnia 2002 r.
Mrok
gdyby wieczór dzisiejszy
był wyciszeniem w Twoich oczach
spałbym spokojnie
niknąc w medytacji
mrok byłby miękkością Twych włosów
a i ja byłbym wtedy
mniej niebieskim człowiekiem
nie znam siebie samego
mam setki imion
każde z nich ma
przypisaną do siebie gwiazdę
gdzieś tam
na twarzy nocy
smutku
opuść mój głos
23 lipca 2002 r.
Ostatni Dzień W Lesie
Lodowe światło,
Ciepły mrok.
Przemija w lesie
Stary rok.
Przemija w lesie
Życia czas.
Nie było nas,
Nie będzie nas.
Zimowe cienie,
Nocy szał.
Nasz czas przepiękne
Święto miał.
Cudownym się nam
Jawił snem
Wśród naszych ziem,
Magicznych ziem.
Odpływa rok
W nieznaną dal.
Otula nas już
Śmierci szal.
Pójdziemy dziś
W grobową mgłę.
Nie lękaj się,
Nie lękaj się...
21 maja 2002 r.
Śladami Poety
Szedłem wieczornym ciepłem otulony
Tam, gdzie ostatni słońca blask zamierał.
W dali przede mną - smutny, zamyślony -
Cień spacerował - dusza Tetmajera.
Często przystawał w dolinie Kościelisk
Nad bystrym nurtem rwącym skalne brzegi
I wtedy wzdychał w odmęty topielisk,
W blasku księżyca bielsze niźli śniegi.
Znałem go dobrze - on tu pierwej bywał
I góry one wcześniej opisywał.
On dawno wiedział, co tu szepcą wiatry
I co śpiewają niebotyczne Tatry.
Ciemne smreczyny mrokiem go okryły.
Zniknął poeta w leśnej zawierusze.
Chyba mu gwiazdy odebrały siły,
Albo też w gwiazdach utopił swą duszę.
Chyba się rozdział z człowieczej powłoki
I wcielił znowu w czarnych hal dywany,
Albo podążył w cierpiące obłoki,
By z nimi milczeć - smutny, załamany.
Kiedyś go znałem. Chadzał tędy wprzódy,
Goniąc wytrwale błękitne ułudy.
On znał mnie także, a raczej przeczuwał,
Że nie on jeden będzie się tu snuwał.
Kiedy tak nieraz patrzę w ciemne wody,
Smutek dogłębny z toni tych przeziera,
Jakby tęsknota pierwotnej przyrody...
A to być może dusza Tetmajera.
Zakopane, 10 sierpnia 2002 r.
Dolor Ante Lucem
Znów się potknąłem o brutalne życie.
Pokaleczyłem znowu wnętrze swoje...
I tylko gwiazdy lśniące w górze skrycie
Tną swoim światłem cierniste powoje,
Tak wrzynające się w zmęczone ciało,
Jakby im bólu ciągle było mało.
Krew się strumieniem leje po marmurze.
Gwiazdy to widzą i współczują w górze.
O, mądre gwiazdy! Ileż w was jest mocy,
Strażniczki światła, powierniczki nocy!
Dajcie mi, jasne, chociaż cząstkę siebie,
Zrodzone z Mroku w istnienia potrzebie!
Myśl ma daleko poza ludzkość sięga.
Dotykam Boga, który nie istnieje.
Teraz to widzę - umysł to potęga!
Nad horyzontem nowe życie dnieje.
Oto i Słońce w pełni swojej krasy
Cichy majestat wznosi ponad lasy.
11 sierpnia 2002 r.
Eros Niewidomy
Wyciągam ręce do pustych zamroczy:
Piach mnie przysypał. Pragnę nieistnienia,
By jeszcze raz się w życie przeobłoczyć,
By dotknąć światła wychynąwszy z cienia.
Nie głos ucicha, lecz bezdźwięk rozbrzmiewa,
A podzwonnymi się przeciera szlaki
Miłość, co w lędźwiach dzikością dojrzewa
I szept, co pragnie choć nikłej poszlaki.
Cisza. Zamglone biernością kotary
Śnią się spóźnionym szeptem melancholii.
W mrokach szaleją otępiałe mary.
W ogrodach więdną szeregi magnolii.
Hałas. Nieznośny krzyk wyśmianych bogów
Niepostrzeżenie rozbił szklane domy.
W śródmiejskie parki, z polnych mknąc rozłogów
Przybieżał demon - Eros niewidomy.
Mrok... mrok poczułem pobladły, wysmukły...
Na brzegach czasu, wśród szklanego huku
Niczym groteska czy parodia kukły
Potknął się Eros na kamiennym bruku.
Nad nim na gzymsie przycupnął gargulec
I krwią spłynęła śniedź na światów dachach.
Coś mnie przeszyło niewymownym bólem.
Leżę, czekając w samotności piachach.
15 maja 2002 r.
Znów Na Dolnośląskiej Ziemi

Jeszcze się nie otrząsnąłem z tatrzańskiego szoku.
Jeszcze idę górskim szlakiem w cichych myślach moich.
Pora jednak się na nowo z domem swym oswoić,
Pora poczuć panujący w domu moim spokój.
Powróciłem znów na łono dolnośląskiej ciszy
Z gór błękitem rozkrzyczanych sierpniowego nieba.
Poza szumem mrocznej kniei nic mi już nie trzeba.
Ucho moje chmurnych wierchów już prawie nie słyszy.
Idę ścieżką śląskiej dumy chwaląc słońca siłę.
Las otacza mnie przestworem żywicznej zieleni.
Kocham te pogańskie światy zapomnianych cieni,
Pośród których się zimowym rankiem urodziłem.
12 sierpnia 2002 r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


