Śladami Poety
Szedłem wieczornym ciepłem otulony
Tam, gdzie ostatni słońca blask zamierał.
W dali przede mną - smutny, zamyślony -
Cień spacerował - dusza Tetmajera.
Często przystawał w dolinie Kościelisk
Nad bystrym nurtem rwącym skalne brzegi
I wtedy wzdychał w odmęty topielisk,
W blasku księżyca bielsze niźli śniegi.
Znałem go dobrze - on tu pierwej bywał
I góry one wcześniej opisywał.
On dawno wiedział, co tu szepcą wiatry
I co śpiewają niebotyczne Tatry.
Ciemne smreczyny mrokiem go okryły.
Zniknął poeta w leśnej zawierusze.
Chyba mu gwiazdy odebrały siły,
Albo też w gwiazdach utopił swą duszę.
Chyba się rozdział z człowieczej powłoki
I wcielił znowu w czarnych hal dywany,
Albo podążył w cierpiące obłoki,
By z nimi milczeć - smutny, załamany.
Kiedyś go znałem. Chadzał tędy wprzódy,
Goniąc wytrwale błękitne ułudy.
On znał mnie także, a raczej przeczuwał,
Że nie on jeden będzie się tu snuwał.
Kiedy tak nieraz patrzę w ciemne wody,
Smutek dogłębny z toni tych przeziera,
Jakby tęsknota pierwotnej przyrody...
A to być może dusza Tetmajera.
Zakopane, 10 sierpnia 2002 r.